W dniu wczorajszym 27.09.2017 r. WOJEWÓDZKI SĄD ADMINISTRACYJNY W WARSZAWIE przywrócił prof. Piotrowi Obarkowi, bezprawnie odebraną HABILITACJĘ. Sąd uchylił wszystkie decyzje CENTRALNEJ KOMISJI DO SPRAW STOPNI I TYTUŁÓW NAUKOWYCH oraz uchwały Rady Wydziału ASP podjęte wobec profesora uznając je jako podjęte z rażącym naruszeniem prawa.Wracamy do sprawy profesora Piotra Obarka, któremu w ubiegłym roku odebrano tytuł doktora habilitowanego. Obarek tym samym stracił prawo do zajmowania stanowiska profesora nadzwyczajnego na UWM. Dziś okazuje się, że habilitację odebrano mu z naruszeniem prawa. Przypomnijmy, profesor wydziału sztuki UWM, Piotr Obarek decyzją Centralnej Komisji do spraw stopni i tytułów został pozbawiony stopnia doktora habilitowanego. Komisja podtrzymała tym samym decyzję Rady Wydziału Grafiki ASP w Warszawie.Po tym zdarzeniu, UWM, uczelnia na której pracuje Obarek, pozbawiła go prawa do zajmowanego stanowiska profesora nadzwyczajnego.Dziś okazuje się, że Komisja odebrała Obarkowi habilitację bezprawnie.Wojewódzki są administracyjny w Warszawie przywrócił prof. Piotrowi Obarkowi, bezprawnie odebraną habilitację. Sąd uchylił bowiem wszystkie decyzje Centralnej Komisji do spraw stopni i tytułów naukowych oraz uchwały Rady Wydziału ASP podjęte wobec profesora uznając je jako podjęte z rażącym naruszeniem prawa – czytamy w komunikacie WSA.- Jak informuję mój pełnomocnik mec. Małgorzata Necel Gizowska Sąd w uzasadnieniu ustnym wyroku stwierdził że zarówno Rada Wydziału Grafiki ASP jak i Centralna Komisja przy wydawaniu decyzji dopuściły się rażącego naruszania prawa – informuje Obarek.To oznacza, że profesor odzyskał habilitację, a to z kolei, że zgodnie z prawem UWM powinien przywrócić mu stanowisko profesora nadzwyczajnego. Czy tak się jednak stanie?Przypomnijmy, konflikt pomiędzy profesorem z Wydziału Sztuki UWM Piotrem Obarkiem a rektorem uczelni Ryszardem Góreckim sięga sprawy rzekomego plagiatu pracy habilitacyjnej, którego miał dopuścić się Obarek. Tak uznała Komisji Dyscyplinarnej dla Nauczycieli Akademickich UWM i za to przewinienie pozbawiła Obarka prawa wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego na 2 lata.Profesor nie odpuścił jednak i złożył odwołanie do Komisji Dyscyplinarnej przy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W czerwcu 2015 roku członkowie Komisji jednogłośnie uznali, iż Piotr Obarek jest niewinny popełnienia plagiatu.W ostatnim czasie, kontakty Góreckiego i Obarka zaognił dodatkowo fakt, iż jak twierdzi profesor Obarek, rektor wprowadził do powszechnego obiegu jako oficjalnie obowiązującą, splagiatowaną wersję logo autorstwa Obarka. Jako, że ze strony uczelni nie było chęci polubownego załatwienia sprawy, profesor postanowił zgłosić sprawę do prokuratury, a także rozwiązał umowy o przeniesieniu autorskich praw majątkowych do utworów w postaci: loga, godła, insygniów, medali, sztandaru, sygnetu, łańcuchów rektorskich, tablic informacyjnych etc. identyfikujących wizualnie Uniwersytet i jego władze.Uczelnia pozbawiona więc została możliwości korzystania z elementów identyfikacji wizualnej.W tej sprawie wciąż toczy się postępowanie prokuratorskie.źródło: http://www.olsztyn.com.pl/artykul,profesor-obarek-odzyskal-habilitacje-uwm-przywroci-mu-stopien-profesora-nadzwyczajnego,24036.html
Urodzony w 1953r. w Działdowie. Studia na Wydziale Grafiki ASP w Warszawie, dyplom w 1977r. w Pracowni Plakatu prof. Henryka Tomaszewskiego. Zajmuje się plakatem, grafiką użytkową, aranżacją wnętrz i wystaw, malarstwem, rysunkiem i rzeźbą. Obecnie pracuje na stanowisku profesora nadzwyczajnego UWM, kieruje Pracownią Projektowania Graficznego na Wydziale Sztuki. Od 2005 r. pełnił funkcję Prodziekana na Wydziale Nauk Społecznych i Sztuki UWM, a od 2009 r. funkcję Dziekana na Wydziale Sztuki UWM.
czwartek, 28 września 2017
Profesor Obarek odzyskał habilitację.
poniedziałek, 9 stycznia 2017
Kortowskie dowody „przestępstw”
W
1982 r. Vladimir Volkoff napisał doskonałą powieść pt. Montaż, rzecz o agentach
wpływu, infoagresorach oraz znaczeniu roli mediów w dezinformacji. W
rewelacyjnej fabule opisał służebną rolę i metody „pudeł rezonansowych”, które
pod sprawnym kierownictwem zleceniodawców kolportują wyprodukowane lub
sfabrykowane wydarzenia. Głównym zadaniem takiego „pudła” jest stworzenie
wrażenia „nośności tematu”,
niekoniecznie prawdziwego, lecz wywołującego jednoznaczne skojarzenia zgodne z
zamiarem infoagresora, określanego u Volkoffa „agentem wpływu”.
28
grudnia ubiegłego roku mój biograf Adam Socha, debatowe pudło rezonansowe –
weteran infoagresji i dezinformacji opublikował fragment uzasadnienia decyzji
Centralkomu (CK) w sprawie mojej habilitacji oraz wypowiedź człowieka
oddelegowanego przez rektora Góreckiego do zadań specjalnych, osoby co najmniej
kontrowersyjnej, mecenasa Szczechowicza.
Przypomnę,
sfabrykowany zarzut plagiatu mojej pracy kwalifikacyjnej II stopnia (habilitacji)
zgłosili A. Socha i B. Bachmura po
nieudanej prowokacji zarzutu plagiatu mojej pracy doktorskiej. Doświadczenia A.
Sochy w machinacjach dowodowych, wielokrotnym przerabianiu i podrabianiu mojej
pracy doktorskiej, oraz nieudolnych próbach nadawania jej cech oryginalności,
co udowodniłem jednoznacznie w ramach procesu Małgorzacie Chomicz, są wyjątkowe
i wielowątkowe. Przypomnę,
że w sprawie doktoratu, dowodem na okoliczność popełnienia przeze mnie plagiatu
miało być kilka wersji ordynarnych kserokopii mojej rzekomej pracy doktorskiej.
W
przypadku mojego wykładu habilitacyjnego, debaciarski tandem Socha-Bachmura,
nauczony przykrymi dla nich doświadczeniami posunął się o krok dalej. Pomówienie
oparł na nieidentyfikowalnym, przypisywanym mi tekście (w zależności od
sytuacji) wykładu habilitacyjnego lub/ bądź pracy kwalifikacyjnej, który to
tekst rzekomi „recenzenci” Centralkomu (CK) w zależności od swego widzimisię
mogli dowolnie klasyfikować.
Pomijając
już przekręt jakiego się dopuszczono ze względu na brak określenia tego pseudo
dowodu, co do jego charakteru, a określanego naprzemiennie w miarę potrzeb wykładem,
lub pracą kwalifikacyjną (są to dwie
różne rzeczy), to „dokument” ten
pozbawiony jest jakichkolwiek cech identyfikacyjnych i tak po prawdzie może być
przypisany każdemu, nawet Małgorzacie Chomicz nie wykluczając nawet rektora
Ryszarda Góreckiego. Rzecz tylko kogo wystukamy na klawiaturze komputera jako
autora.
Nie
charakteryzują go, ani identyfikują jakiekolwiek pieczęcie, zapiski, adnotacje,
sygnatury, czy znaki, (chociażby archiwum), no i kwestia zasadnicza brak
podpisu autora. Zamiast tego wydrukowano Piotr Obarek … no i wszystko.
Jednym zdaniem, podążając wytyczonym przez
„montażystów” szlakiem, każdy może napisać jakikolwiek sfabrykowany tekst i przypisać
go po kilkunastu latach jakiejkolwiek
osobie jako plagiat np. jego pracy habilitacyjnej. Oczywiście aby osiągnąć taki
cel trzeba działać w ramach wpływowej grupy lub na polecenie wpływowego i
ustosunkowanego człowieka.
Cóż
więc takiego możemy przeczytać w enuncjacjach A. Sochy. Pisze on tak:
Co do braku podpisu Piotra Obarka,
czytamy w uzasadnieniu:
„wykład kwalifikacyjny był odczytany
publicznie przez Autora. Brak własnoręcznego podpisu nie dyskwalifikuje
publikacji jako pracy naukowej/artystycznej. Nie ma ustawowego wymogu, aby
publikacja naukowa/artystyczna była podpisana własnoręcznie przez autora”.
Apogeum
hipokryzji, no to na jakiej podstawie stwierdzono, że ten sfabrykowany tekst
jest moim wykładem kwalifikacyjnym, a nie „montażową twórczością” np. Adama
Jerzego Sochy, jako drzewiej bywało. Od siebie dodam, że wykład się wygłasza, a
nie odczytuje, co już samo w sobie dyskredytuje istnienie tekstu, w którym miałbym
się dopuścić rzekomo plagiatu.
Poza
tym wykład habilitacyjny nie jest elementem procedury habilitacyjnej na
podstawie której przyznaje się stopnień naukowy, bo ten nadaje się (a
przynajmniej nadawało się kilkanaście lat temu)
na podstawie dorobku (wystawa prac) i pracy kwalifikacyjnej, którą
„cenzurowany” papier nie jest. Niewątpliwie nową jakością prawną jest, że podpis nikomu nie jest potrzebny, bo nie ma
przepisu aby cokolwiek podpisywać.
Super
– „ fałszerze wszystkich krajów, łączcie się”, rób ta co chceta – cel uświęca
środki, od dzisiaj aby komuś przypisać autorstwo czegokolwiek podpis nie jest
potrzebny (sic!), wystarczą „autorytety” Sochy i Bachmury. Tekst jest Obarka –
orzekł naczelny magik z Kortowa, na tej podstawie pozbawmy go prawa wykonywania
zawodu, wywalmy z UWM-u, deportujmy z
Olsztyna, najlepiej z całą rodziną.
Rewelacyjna
konstrukcja.
Naszła
mnie w tym miejscu taka dygresja. Ostatnio przeglądając Internet natknąłem się
na zdjęcie ilustrujące pewien wyrok. Wyrok był opatrzony pieczęciami i podpisem
oraz w jednym komentarzu podparty wypowiedzią sędzi, która ten wyrok wydała
oraz, że wyrok nie jest kserokopią, a pieczecie oryginalne. Z treści komentarzy
dowiedziałem się, że w sprawie tego wyroku osoba której wyrok dotyczył uzyskała
orzeczenie, że to nie jest żaden dowód, bo osoba w nim wymieniona … nie
popełniła tego czynu, a czyn był haniebny bo dotyczył wykorzystania nieletniej.
Od
przypadku do przypadku, kortowskie dowody swoją tajemniczość jak kodeks
Napoleona posiadają. Mój „dowód” w postaci kilku kartek papieru bez tych
wszystkich „niuansów” jak pieczęcie i podpisy jest koronnym dowodem na
przypisywane mi nieetycznego postępowania, analogicznie dowód w postaci wyroku
sądu nie jest żadnym dowodem.
Jeśli
kiedykolwiek miałbym wątpliwości co do rzetelności pisarstwa Volkoffa, to
kortowskie casusy wyleczyłyby mnie z jakichkolwiek wątpliwości, że istnieją
czarodzieje, owi „agenci wpływu”, którzy
jak trzeba to i z gówna bicz ukręcą, a
jak trzeba to nawet wyczarują Facetów w czerni z neutralizatorem pamięci.
Etykiety:
adam jerzy socha debata,
adam socha,
bachmura debata,
bogdan bachmura,
deb@ta,
debata,
debata olsztyn,
intryga,
kortowo,
malgorzata chomicz,
ryszard gorecki,
UWM
piątek, 30 grudnia 2016
Symetrzak, czyli Obarek vs Górecki z Deb@tą w tle.
One can steal
ideas, but no one can steal execution or passion.
(Pomysły można ukraść, ale wykonania i pasji już nie).
Timothy Ferriss
Timothy Ferriss
Od
kilku dni mam nieodparte odczucie déjà vu, coś na kształt zapętlonej
niekończącej się opowieści albowiem mój osobisty dziennikarz – Adam Socha, po okresie
hibernacji ocknął się z letargu i „przypomniał” sobie o Piotrze Obarku. Na
łamach internetowej Debaty w ciągu zaledwie kilku godzin zamieścił aż dwa „sponsorowane”
artykuły poświęcone mojej osobie.
A
więc, jak mówią znawcy literatury „ogary
poszły w las”, chociaż może jest to krzywdzące dla ogarów, bo to łagodne
psy, a te spuszczone z łańcucha przez rektora Góreckiego to bardziej charakterem
przypominają rottweilery niż ogary, a przynajmniej jeden, bo ten drugi to też może
bardziej moskiewski stróżujący.
Zresztą
co tu dużo pisać, generalnie oczekiwania rektora Góreckiego względem swoich hołdowników
są wygórowane, raczej z kategorii tych mission
imposible czyli w stylu „żadne krzyki
i płacze nas nie przekonają, że czarne jest czarne a białe jest białe”, że
zacytuję klasyka. Jak się już pewnie wszyscy domyślają chodzi o naruszenie moich
praw autorskich. Ironią losu w tym przypadku rektor Górecki znalazł się na odmiennej,
chociaż ostatnio coraz częściej przypadającej mu pozycji, pozycji obwinionego
czyli sprawcy
Ostatnie
liczne skandale opisywane w mediach, głośne w naszej społeczności z
pierwszoplanową rolą rektora Góreckiego przedstawiają jednoznaczny obraz
nepoty, będącego kolokwialnie mówiąc, niejednokrotnie na bakier z prawem,
kupującego sobie hołdowników w sposób powszechnie uznawany za nieetyczny ( http://warszawskagazeta.pl/kraj/item/4067-ujawniamy-olsztynskie-elity-zwiazane-z-po-kupowaly-po-promocyjnych-cenach-za-posrednictwem-slupow-ziemie-od-panstwowej-uczelni
), wydającego niezgodnie z prawem publiczne pieniądze ( http://www.debata.olsztyn.pl/wiadomoci/olsztyn/5475-uwm-musial-zwrocic-pol-miliona-dotacji-prokuratura-szuka-winnego-najnowsze-slajd-kafelek.html
), próbującego ( nawet z pewnym skutkiem) z pomocą swoich wyznawców
naginać uczelniane prawo do swoich partykularnych interesów
lub
tworzyć kuriozalne własne zasady prawne jak np. znane już w całej Polsce
zarządzenie w sprawie księgi marki.
Środowiska
akademickie są bardzo złożone, są w nich również „jednostki o chorobliwym charakterze i egocentrycznym wyobrażeniem o
swojej wyjątkowości, przez co swoimi zachowaniami lubią pomniejszać cudze
zasługi, by pośrednio podkreślać własne. Kiedy dotrą do stanowiska
kierowniczego, chętnie usuwają ze swojego otoczenia ludzi zdolnych. To miernoty,
które kryje tytuł i stanowisko".
Dotychczasowa
bezkarność działań rektora Góreckiego ma
ten negatywny skutek, że w poczuciu bezkarności i w sile swojej zabetonowanej pozycji
rektor Górecki zawłaszcza coraz nowe obszary, również własność intelektualną (a
tak à propos nikt nawet nie odważy się
sprawdzić publikacji rektora, szczególnie tych po angielsku).
Przez
kilka ostatnich lat rektor Górecki zrobił ze mnie pozbawionego zasad moralnych akademickiego
renegata ( vide twórczość Sochy w
Debacie), którego Uniwersytet „nie
może obejmować swoimi auspicjami
działalności kontra dobrym obyczajom akademickim” – dobre ! – ale to Szczechowicz,
nie Górecki.
Ależ
jak na prawdziwego symetrzaka przystało, panie rektorze ma pan znacznie gorszą
prasę ! Znacznie haniebniejszą publicity. Ja panie rektorze jak tylko mogę, to
krzyczę, że jestem niewinny, a pan nawet nie zabrał głosu w najbardziej
bulwersującej sprawie, sprawie rzekomego wyroku, który jak „mówi fama”
potwierdziła wydająca go sędzina. Tu
nasza symetria się kończy. Ja na swoim koncie nie posiadam żadnych wyroków.
Betonowy
stelaż pańskiej pozycji, ma jednak jedną wadę, w chwilach zagrożenia, nie
pozwala salwować się ucieczką, jest za ciężki. Nie pozostaje więc nic innego
jak zasłaniać się hołdownikami … i przystępować do kontrataku.
7
października 2016 r. rektor Górecki został poinformowany przez reprezentującą
mnie panią mecenas o dokonanych naruszeniach moich praw autorskich i mojej propozycji
podjęcia negocjacji.
Po
dwóch miesiącach oczekiwania na reakcję spotkałem się Ryszardem Góreckim, na prywatnej
audiencji w gabinecie Jego Magnificencji Rektora Uniwersytetu Warmińsko -
Mazurskiego, Senatora Platformy Obywatelskiej V, VI i VII Kadencji Senatu
Rzeczypospolitej Polskiej, Kawalera Złotej i Srebrnej Gwiazdy Orderu
Wschodzącego Słońca Cesarza Mutsuhito, Autora Wyjątkowej Rozprawy
Habilitacyjnej Studia Nad Wigorem Nasion Roślin Strączkowych etc, etc, oczywiście
w warunkach kameralnego tête-à-tête,
wedle
życzenia Magneficencji.
Ponieważ
spotkanie miało odbyć się bez świadków, a pacta sunt
servanda, nie zrelacjonuje tej audiencji. Powiem tylko
tyle, że na koniec spotkania rektor Górecki wręczył mi prezent – chusteczkę, w
pudełeczku ozdobionym … „nowym” kuriozalnym logo UWM – no, wpadka na całego.
Oczywiście rektor Górecki jak tylko zorientował się w swojej gafie, zaraz
podarł pudełeczko, a ja zostałem prawie z niczym, z …odartą ze wszystkiego …
chusteczką.
8
grudnia reprezentująca mnie kancelaria pocztą mailową zaprezentowała propozycje
rozwiązania
dokonanych przez rektora Góreckiego naruszeń moich praw autorskich do logo
Uniwersytetu. W odpowiedzi reaktywowany do zadań specjalnych „pełnomocnik
prawny” UWM Jarosław Szczechowicz mailem przesłał informację, że stanowisko w
sprawie mojej propozycji zostanie przedstawione w terminie, tj. do 16 grudnia.
I co? i nic.
Strategia
rektora Góreckiego długo wykuwała się w ciszy magnificencjalnego gabinetu.
I
tak wróciliśmy do początku mojego wpisu – zatoczyliśmy koło – reaktywowany
pretorianin, obudził z letargu apologetę. Wykazywać się czas zacząć.
Mordor
zwiera swoje szeregi i tworzy kolejną wielką prowokację publikując na łamach
Debaty kolejną fałszywkę (jak to już miało miejsce w przypadku mojego
doktoratu), nigdy nie istniejące godło UWM, którym zdaniem Szczechowicza miałbym
się eufemistycznie mówiąc „ inspirować”.
No,
ale czego spodziewać się po kimś, kim interesuje się „łowca plagiatów” Wroński,
a którego habilitacja „obroniona” na Słowacji jest doktoratem obronionym na
KUL-u w 2008 roku.
Czego spodziewać się po kimś na kogo Prokuratura Okręgowa w Elblągu przesłała materiały do prezesa
Sądu Apelacyjnego w Białymstoku wraz z wnioskiem o wszczęcie postępowania
służbowego w efekcie czego prezes Sądu Okręgowego w Olsztynie zawiesił w
czynnościach Jarosława Szczechowicza. Kto uciekając od odpowiedzialności zrezygnował z pracy w tempie ekspresowym, kto latami wykorzystywał swego rodzaju powiązania z wymiarem
sprawiedliwości, z prokuraturą i lokalnymi notablami. Mam znowu nieodparte
wrażenie przeżywanej sytuacji.
Pokręcone
déjà vu.
To
wunderwaffe rektora Góreckiego, którego
Uniwersytet nie powinien obejmować swoimi
auspicjami działalności kontra dobrym obyczajom akademickim.
Strasznie
się rozpisałem, czas na jakieś résumé.
Pamiętacie
Czarnoksiężnika ze Szmaragdowego Grodu? Literaturoznawcy
twierdzą, że jest to alegoria. Jedną z kluczowych postaci jest Wielki i Potężny
Czarnoksiężnik z krainy Oz. W finale okazuje się, że nie jest on żadnym pełnym
mocy czarodziejem. „Jego prawdziwa tożsamość to kuglarz, wędrowny
sztukmistrz, który tworzy pozory potęgi i mocy. Dzięki temu mieszkańcom Szmaragdowego
Grodu daje poczucie bezpieczeństwa. Jest w tym na tyle skuteczny, że w
złudzeniu żyją nie tylko dobroduszni mieszkańcy szmaragdowego miasta, ale także
czarownice, dobre i złe, które wydawać się może, powinny mieć jaką taką wiedzę
o świecie”.
Może najwyższa pora aby zdjąć zielone okulary i przejrzeć na własne
oczy.
I zupełnie na koniec zacytuję uchwalę o zasadach etycznego zachowania
pracowników i studentów UWM „nauczyciele akademiccy i studenci UWM są
zobowiązani do bezwzględnego poszanowania praw autorskich i cudzej własności
intelektualnej”
Nie znalazłem w tekście uchwały wykluczenia tej zasady w stosunku do
rektora.
wtorek, 8 marca 2016
JAK WRABIALI MNIE W PLAGIAT. HISTORIA MAILA Z MINISTERSTWA KUDRYCKIEJ
„ Wykluczonymi ze społeczności ludzi
honorowych są osoby, które dopuściły się pewnego ściśle kodeksem honorowym
określonego czynu; a więc indywidua następujące:
(…) piszący anonimy;
(…) oszczerca;
(…) paszkwilant i członek redakcji
pisma paszkwilowego;
(…) rozszerzający paszkwile.”
Władysław
Boziewicz, Polski Kodeks Honorowy
Według Ervinga Goffmana, maski są fasadą, którą budujemy w kontakcie z
innymi ludźmi i bez względu na rolę, służą do manipulacji otoczeniem. W
pierwszym rzędzie korzystają z nich takie osoby jak Małgorzata Chomicz, dla
której posiadanie drugiej twarzy jest niezbędne do życia.
Maski pozwalają jej udawać kogoś zupełnie innego, kim
nie jest, Maskami kamufluje swoją prawdziwą naturę; udając przymilną, sympatyczną
i uczynną. W przybranych przez siebie maskach udaje i pozuje na wspaniałą,
uczciwą, prawie doskonałą osobę, wrażliwą artystkę, ideał. Dzięki maskom ukrywa
przed ludźmi swoją prawdziwą twarz, łatwiej jej wykonywać pewne zadania, bo
jest w nich anonimowa, jest nieznana.
Ukrywanie pod maską prawdziwej tożsamości, tym kim się
jest tak naprawdę, prędzej czy później wyjdzie jednak na jaw. Wtedy można
zdemaskować tę całą grę, ujawnić obłudę i fałsz, a na światło dzienne wychodzą
kłamstwa, tajemnice, sekrety, wady i ukrywana pod maskami prawdziwa twarz i
natura osoby zazdrosnej o wszystko i wszystkich, prawdziwy obraz małej, źle
wychowanej i złośliwej Wredoty.
Głównym problemem M. Chomicz zawsze były osoby zdolniejsze i
mądrzejsze, to przeciwko nim zawsze uruchamiała cały arsenał podłości i
draństwa, i to z nimi prowadziła koszmarne gry podjazdowe w celu uzyskania
jakiejś korzyści. O początku istnienia Wydziału Sztuki notorycznie dezorganizowała
plany, zajęcia i organizację pracy, intrygowała i prowadziła koszmarne gry
podjazdowe w celu uzyskania jakiejś korzyści.
W kwietniu 2012 r. Adam Socha w
jednym ze swoich debaciarskich tekstów napisał
taki zawoalowany tekst -„Małgorzta Chomicz już od 2 lat chodzi do rektora ze
sprawami służbowymi (…po czym już sama M. Chomicz dodaje), szłam do rektora
i tę pomoc zawsze otrzymywałam.” Jaką pomoc, w jakich sprawach, za jaką
cenę?
Intryganctwo zawsze idzie w parze z przerośniętą i wybujałą
ambicją. Gdy okazało się, że jako dziekan chcę zastosować się do
zgłaszanych pod adresem M. Chomicz krytycznych uwag Państwowej Komisji
Akredytacyjnej i nie tolerować dłużej jej egoistycznych interesów i chorych
ambicji, M. Chomicz która między innymi w swoim interesie miała utrzymanie
posady poczuła się zagrożona.
Mieszkając we Włoszech M. Chomicz
wymuszała wygodny dla siebie czas i tryb prowadzenia zajęć. Doszło już
do tego, że pracując tylko 30 dni w roku akademickim zaczęła systematycznie
odmawiać pracy na rzecz Instytutu oraz Wydziału.
Chcąc utrzymać te swoje chore
przywileje M. Chomicz przystąpiła do ataku. Okazja stwarza złodzieja. Zakrojony
atak na moją osobę nastąpił, kiedy na Uniwersytecie ubiegałem się o reelekcje
na stanowisko Dziekana Wydziału Sztuki. W tym samym czasie na UWM, anonim -
Małgorzata Chomicz, oskarżyła mnie o mobbing i szykany. Ten zmasowany atak miał
stać się pożywką dla lokalnych mediów, olsztyńskiej Gazety Wyborczej i Debaty.
Wszystko to później okazało się nikczemnym pomówieniem.
W przejęciu władzy na Wydziale Sztuki UWM interes miało
więcej osób. Nieujawniony publicznie, aż do teraz, dowód z korespondencji
anonima Małgorzaty Chomicz z doradcą Ministra Barbary Kudreckiej, Markiem
Wrońskim (namaszczonym przez system ścigaczem plagiatów) ujawnia sieć relacji,
mających na celu pozbawienie mnie zdobytych stopni naukowych. Jak wynika z
treści wiadomości, Chomicz pozostaje w kontakcie z członkiem prezydium
Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych Rafałem Strentem
(promotorem jej pracy), przewodniczącym Komisji Dyscyplinarnej UWM Zbigniewem
Endlerem oraz tajemniczym darczyńcą. Marek Wroński, przekazał tą korespondencję jako przykład, Kierowniczce
Biura Minister Barbary Kudryckiej z dopiskiem –
"jak załatwia się takie sprawy...".
M. Chomicz do Marka Wrońskiego
Marek Wroński do M. Chomicz
Marek Wroński do Zastępcy Dyrektora Biura Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego
Zastępca Dyrektora Biura Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego do pracownika MNiSW
Pracownik MNiSW do prof. Obarka
Ta pochwaliła się, innemu pracownikowi, który przekazał ją
mnie. Ujawniona korespondencja w organie publicznym przedstawia zaangażowanie
osób w działaniach mających na celu pozbawienie mnie stopni naukowych. Osobie
która mi ją przekazała, złożono propozycję nie do odrzucenia - natychmiastowego
zrezygnowania z pracy w Ministerstwie.
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego to nie
jedyna instytucja, która pochwala złe praktyki.
Ponieważ 30 kwietnia 2012 r.
kończyła się M. Chomicz umowa o pracę, a rozstrzygnięcie konkursu miało
nastąpić 20 kwietnia 2012 r., a więc już
po wyborach dziekańskich M. Chomicz
obawiając się, że może nie wygrać konkursu przystąpiła do szeroko zakrojonej
ofensywy.
Najpierw zaatakowała skład komisji konkursowej, a następnie gdy nie
przyniosło to skutku zaatakowała bezpośrednio mnie. Rozpoczęło się obrzucanie
mnie błotem, a wszystko to w okresie wyborczym. Cel był jeden, ostracyzm mojej
osoby - tak zohydzić mój wizerunek, aby każdy student, doktor, czy profesor
naszej Uczelni reagował ze wstrętem na sam dźwięk mojego nazwiska, którego
pejoratywnym synonimem stało się za sprawą debaciarskiego propagandzisty, Obarkowo.
W 1992 r Małgorzata Chomicz „napisała”, a właściwie
przepisała pracę dyplomową „Dzieło sztuki, czy dokument społeczny”. Szerzej
pisałem na ten temat w jednym z wpisów na swoim blogu:
Miała już więc za sobą pierwsze doświadczenia w
produkowaniu plagiatów, a z wiekiem wiedziała, że najgorszym, i najbardziej
skutecznym, jak napalm po suchym lesie jest dla nauczyciela akademickiego
oskarżenie o plagiat, to niszczy człowieka. Nie wiem czy M. Chomicz sama
wymyśliła tę nikczemną zagrywkę, czy nie, mogę jedynie się domyślać. Istotne,
że znalazła sekundantów i pomocników, za jaką cenę – o tym później. Ten
plagiatowy atak był dwucelowy: pozbawić mnie funkcji dziekana oraz zablokować
moją procedurę profesorską, a w tym draństwie nieocenionymi chomiczowymi
sekundantami byli R. Strent i M. Wroński.
Scenariusz był prosty, ponieważ w
żaden sposób nie można było zakwestionować moich prac artystycznych należało
zdobyć egzemplarz mojej pracy kwalifikacyjnej (doktorat), dokonać kilku
przeróbek, następnie skserować egzemplarz … i poinformować kogo trzeba.
Ponieważ sprawa była szyta grubymi nićmi, Małgorzata Chomicz, która imiennie nie
obawiała się oskarżać mnie o mobbing i szykany, nagle w obawie o mój odwet
postanowiła zostać „anonimem”.
Spreparowana
kopia mojej pracy wysłana została anonimowo do Centralnej Komisji ds. Stopni i
Tytułów, gdzie czekał już na nią Rafał Strent, jak już pisałem, znaczna figura
w CK, członek Prezydium CK.
Udowodnione jest, że anonimy pojawiają się w okresie zmian
na stanowiskach, przetasowaniach personalnych, czy powyborczym „podziale łupów”,
a dzieje się tak wówczas gdy, adwersarzem donosiciela jest osoba górująca nad
nim prestiżem, intelektem lub pozycją społeczną. M. Chomicz z pełną premedytacją
zatruła atmosferę wśród artystów na naszym Wydziale.
Wybory na dziekana przegrałem skutkiem intrygi M. Chomicz, która
w nagrodę, jak doniósł 19 kwietnia 2012 r. Adam Socha „wygrała w piątek 20.04., konkurs
na profesora UWM, tym samym (M. Chomicz) pozostaje na Wydziale Sztuki”. Socha
to wie już dzień wcześniej !!! Jasnowidz, czy kreator rzeczywistości?
Małgorzata Chomicz zeznawała w
Sądzie, że moją pracę, którą wysłała anonimowo do CK i którą przekazała A. Sosze
otrzymała w październiku 2011 r. od Adolfa Gwozdka, tylko że w Sądzie zeznając
Adolf Gwozdek nie poznawał pracy, którą przekazał M. Chomicz, mało tego napisał
nawet oświadczenie, w którym wyraźnie stwierdził, że kserokopia, którą
posługiwała się …nie jest tą pracą, którą jej przekazał.
No jasne, że nie jest, ponieważ to co
jej przekazał to nie była kserokopia !!!
W dodatku NIE sporządzona z oryginalnej pracy, ale tego nie chcieli dostrzec,
a może nie mogli, sędzia dwojga imion lub nazwisk Wojciech Wacław (o którym
też będzie pokrótce w następnych odsłonach) oraz prominenci z Centralnej
Komisji realizujący prace zlecone na bazie … anonimu.
Wioletta Jaskólska, w październiku
2013 r. na jednym z portali społecznościowych na stwierdzenie,
„że to prof.
Chomicz musi udowodnić że ma oryginał. Takie są warunki procesu cywilnego”
odpowiada:
„ no to z tym gorzej będzie”.
Niezłe.
Sprawę doktoratu obroniłem, nie
odebrano mi go, tak jak nie odbiorą mi mojej habilitacji, tylko co z tego skoro
draństwo M. Chomicz przyniosło zamierzony skutek, destrukcję mojego prestiżu.
Zastanawiam się czy patrząc w lustro M. Chomicz nie czuje obrzydzenia do samej
siebie, bo każdy normalny, niepokręcony osobowościowo człowiek miałby
niewątpliwie odruch wymiotny.
Na koniec tego odcinka zacytuję wypowiedź W. Jaskólskiej:
„gdyby obarek
siedział cicho na tyłku jak mu podtrzymano w mocy doktorat i nie nagłasnieła
sprawy że został oczyszczony i nie ciągął po sądach Chomicz i sochę to dziś
nikt nie wyciągał by mu plagiatu w habilitacji”.
Cytat w pisowni oryginalnej pochodzi z października 2013 r.
Od czasu sławetnego anonimowego donosu, Rektor Ryszard Górecki wielokrotnie
honorował M. Chomicz medalami, orderami, nagrodami finansowymi, również za
wyimaginowane sukcesy artystyczne, tym samym honorował „anonimową” donosicielkę,
odpowiadającą za sfabrykowany donos i fałszywe oskarżenie o mobbing i szykany.
Nagradzał tę nikczemną osobę, za sprawą której przetargano mnie po wszystkich
możliwych na uczelni komisjach.
Nie wiem i nie rozumiem dlaczego w ten sposób broni
wykreowanego fałszu i dlaczego nagradza kogoś kto powinien być wykluczony z
grona ludzi honorowych, chyba, że honor ma za nic, bo liczy się układ. Układ
zamknięty do otwierania postępowań trwa - ViVAT Academia! Vivat Profesores!
Subskrybuj:
Posty (Atom)























