piątek, 3 lipca 2015

Wawelska głowa czyli rzecz o królu i kneblu.


Jest bardzo niebezpiecznie  mieć rację w sprawach, w których możni tego świata nie mają racji.
G.C.Lichtenberg

Będąc swego czasu w Krakowie, kupiłem sobie najsłynniejszą replikę kasetonowej rzeźby stropu Sali Poselskiej wawelskiego zamku przedstawiającą głowę kobiety z przepaską na ustach lub jak kto woli, z zasłoniętymi ustami. Istnieje wiele legend i opowieści związanych z tym dziełem Sebastiana Tauerbacha. Najpopularniejsza opowiada, że są takie sytuacje, że nawet wtedy, gdy kapryśny władca uznaje, że posłuszeństwo jest  wartością absolutną, znajdzie się taka głowa, która przemówi w słusznej sprawie, nawet wtedy gdy zostanie za to ukarana i na królewski rozkaz zasłoni jej się usta, aby już nigdy nic nie powiedziała. Żaden król nie lubi gdy się go strofuje. Fantastyczna pointa legendy.
Od dawna tak było, że zasłanianie ust, a właściwie ich zamykanie, jest jedynym wyjściem dla tych, którzy mają coś do ukrycia.
Przez dłuższy czas nie prowadziłem swojego bloga, ponieważ wiele osób z otoczenia władcy „życzliwie” doradzało mi, abym z tym skończył, że jest to jedyna droga, aby uspokoić eskalację agresji skierowanej przeciwko mnie i mojej rodzinie. Owa „życzliwość” była wprost proporcjonalna do pojawiania się w internecie informacji demaskujących obyczajowo - sądowe tajemnice władcy.  
Ta zuchwała zakneblowana wawelska główka ma dla mnie ogromne znaczenie symboliczne. Cenzura prewencyjna w postaci knebla może dotknąć każdego, (nawet drewnianą rzeźbę), przeciwko komu władca zdecyduje się zmobilizować siły polityczne i instytucje o dużych wpływach nie wykluczając w tym również tzw. władzy sądowniczej. W tym kontekście, casus sędziego Sądu Okręgowego w Olsztynie Wojciecha Wacława lub jak kto woli Wacława Wojciecha, opiszę na poparcie tej tezy osobno i niedługo. 

Teraz powrócę jednak do przerwanych wątków blogowych.
Po wieloletnich nieudanych próbach zdyskredytowania mnie, władca rękoma swoich najwierniejszych dworaków w osobach Adama Sochy – płatnego skryby władcy z olsztyńskiego „wolnego słowa” i Bogdana Bachmury – emitenta tegoż „wolnego słowa”, zarzucili mi popełnienie plagiatu w moim przewodzie habilitacyjnym. Oczywiście oskarżenie pojawiło się w momencie, gdy po analogicznych fałszywych zarzutach, ale dotyczących mojego doktoratu, Rada Wydziału Grafiki warszawskiej ASP utrzymała w mocy uchwałę o nadaniu mi stopnia doktora, a Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie (!) stwierdził, że uchwała Rady Wydziału Grafiki ASP jest zgodna z prawem. Władca i jego dworacy ponieśli klęskę, a tego żaden król nie lubi. Na marginesie dodam, że w akcie bezsilnej złości Szambelan władcy oświadczył, że nie zezwala na zamieszczenie mojego oświadczenia na stronie internetowej UWM w którym jedynie informowałem o utrzymaniu mojego stopnia naukowego przez ASP w Warszawie. No cóż, cenzura prewencyjna wbrew dobrym obyczajom zadziałała. Przecież Obarkowa racja nie może być „na wierzchu”.
Nauka z doktoratem nie poszła w las, tym razem władca zmobilizował nie tylko instytucje o dużych wpływach, ale i rozpoczął działania na „swoich” włościach. UWM-owowski kauzyperda do specjalnych poruczeń, w osobie prof. Bohdana Łukaszewicza, rozpoczął procedurę inquisitio haeretica, której epilogiem było swoiste auto da fe, jakobym w 2001 r. przed Radą Wydziału Grafiki ASP w Warszawie, „w sposób świadomy i zamierzony przedstawił w swoim przewodzie habilitacyjnym wykład (! zaakcentowanie moje) będący pracą niesamodzielną, noszącą znamiona plagiatu, powstałą z naruszeniem prawa”.
Na nic argumenty prawne, na nic logika, że wygłaszając wykład w 2001 r. nie mogłem nikogo splagiatować, że wykładu  nie można porównać z pracami naukowymi. Władca każe – sługa musi. Prof. Łukaszewicz „zadecydował” – pozbawić mnie prawa wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego! – Złamać niepokornego !
Raz wprowadzony w ruch UWM-owski system „sądowniczy” w swojej indolencji prawnej rozpędzał się bezkarnie coraz bardziej. Szambelan władcy wydał dyspozycje. Skazać Obarka! Już się nie podniesie. No i stało się. W styczniu bieżącego roku, Komisja Dyscyplinarna dla Nauczycieli Akademickich Uniwersytetu Warmińsko Mazurskiego w Olsztynie, której przewodniczył prof. Andrzej Staniszewski, orzekła o uznaniu mnie winnym zarzucanych mi przez A. Sochę i B. Bachmurę „przewinień dyscyplinarnych” i wymierzyła mi karę „pozbawienia prawa do wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego”.

No i się zaczęło. Propaganda medialna władcy ruszyła. „Wolne słowo” Olsztyna Bogdana Bachmury po nauczce w przegranym procesie, kiedy przez miesiąc zamieszczało orzeczone sądowym wyrokiem przeprosiny, ostrożniej dobierało słowa, ale i tak nie obyło się bez manipulacji i przekłamań w Adamowej tffu…rczości. Nawet Gazeta Wyborcza  udostępniła swoje łamy dla informacji o tym „wydarzeniu”. Posłuszny wasal red. Marcin Wojciechowski (GAZETA WYBORCZA OLSZTYN), jak już wcześniej bywało odbierał swoją wierszówkową zapłatę za pierwszostronnicowe newsy. Czasami odnosiłem wrażenie, ze słynna afera taśmowa nie cieszy się takim powodzeniem wśród dziennikarzy, co moja skromna osoba. Co ciekawe, zainteresowanie olsztyńskich „wolnych mediów” tematem gwałtownie opadło, a właściwie uszło z nich całkowicie powietrze, jak z przebitego balonika, kiedy dowiedzieli się o moim uniewinnieniu.  
Zamilkł nasz dzielny skryba Adam Socha, chyba ta hiobowa wieść musiała zablokować klawisze w jego sprzęcie. A może lepkie paluszki, nawykłe do preparowania innego rodzaju wiadomości, odmówiły nagle współpracy z zszokowanym organizmem. Zamilkł i zapadł się pod ziemię również Marcin Wojciechowski (GAZETA WYBORCZA OLSZTYN), który  zapomniał o dziennikarskiej rzetelności i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. „Dzielny kamrat” Adama Sochy, „rzetelny wyznawca wolnego słowa”
W lutym bieżącego roku wniosłem odwołanie od tego haniebnego orzeczenia do Komisji Dyscyplinarnej przy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego, która po przeprowadzeniu rozprawy , wydała orzeczenie, w którym uniewinniła mnie od zarzutu stawianego mi przez A.Sochę i B. Bachmurę. W uzasadnieniu Przewodniczący składu orzekającego stwierdził, że zarówno rzecznik, jak i komisja dyscyplinarna naszej Uczelni rozpatrując sprawę rażąco naruszyła przepisy postępowania i co najważniejsze, komisja dyscyplinarna UWM, rozstrzygając wniosek rzecznika dyscyplinarnego nie miała i nie przedstawiła żadnego dowodu potwierdzającego moją winę ! Głowa wawelska przemówiła w obronie fałszywie oskarżonego.

A więc w profesorskim majestacie zostałem skazany na naszej Uczelni bez dowodów potwierdzających oskarżenie!!!  Vivat academia, vivat profesores!

W kontekście całej tej sprawy przypominam sobie pewien fragment wiersza Norwida,  Czy ten ptak gniazdo kala, co je kala, czy ten co mówić o tym nie pozwala? A na stronach internetowych naszego Uniwersytetu jak zwykle nie ma żadnej wzmianki, że zostałem uniewinniony. 

 

PS.
Pewnym odpryskiem mojej sprawy dyscyplinarnej jest fakt, że w dniu 27 lutego br. Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego powołał Rzecznika Dyscyplinarnego, który wszczął dyscyplinarne postępowanie wyjaśniające przeciwko prof. Grzegorzowi Białuńskiemu – prorektorowi ds. kadr oraz prof. Andrzejowi Staniszewskiemu - przewodniczącemu składu orzekającego komisji dyscyplinarnej UWM. Ale o tym lokalni dziennikarze „wolnego słowa” i media  w Olsztynie też milczą.