poniedziałek, 9 stycznia 2017

Kortowskie dowody „przestępstw”





W 1982 r. Vladimir Volkoff napisał doskonałą powieść pt. Montaż, rzecz o agentach wpływu, infoagresorach oraz znaczeniu roli mediów w dezinformacji. W rewelacyjnej fabule opisał służebną rolę i metody „pudeł rezonansowych”, które pod sprawnym kierownictwem zleceniodawców kolportują wyprodukowane lub sfabrykowane wydarzenia. Głównym zadaniem takiego „pudła” jest stworzenie wrażenia „nośności  tematu”, niekoniecznie prawdziwego, lecz wywołującego jednoznaczne skojarzenia zgodne z zamiarem infoagresora, określanego u Volkoffa „agentem wpływu”.

28 grudnia ubiegłego roku mój biograf Adam Socha, debatowe pudło rezonansowe – weteran infoagresji i dezinformacji opublikował fragment uzasadnienia decyzji Centralkomu (CK) w sprawie mojej habilitacji oraz wypowiedź człowieka oddelegowanego przez rektora Góreckiego do zadań specjalnych, osoby co najmniej kontrowersyjnej, mecenasa Szczechowicza.

Przypomnę, sfabrykowany zarzut plagiatu mojej pracy kwalifikacyjnej II stopnia (habilitacji) zgłosili  A. Socha i B. Bachmura po nieudanej prowokacji zarzutu plagiatu mojej pracy doktorskiej. Doświadczenia A. Sochy w machinacjach dowodowych, wielokrotnym przerabianiu i podrabianiu mojej pracy doktorskiej, oraz nieudolnych próbach nadawania jej cech oryginalności, co udowodniłem jednoznacznie w ramach procesu Małgorzacie Chomicz, są wyjątkowe i wielowątkowe. Przypomnę, że w sprawie doktoratu, dowodem na okoliczność popełnienia przeze mnie plagiatu miało być kilka wersji ordynarnych kserokopii mojej rzekomej pracy doktorskiej.

W przypadku mojego wykładu habilitacyjnego, debaciarski tandem Socha-Bachmura, nauczony przykrymi dla nich doświadczeniami posunął się o krok dalej. Pomówienie oparł na nieidentyfikowalnym, przypisywanym mi tekście (w zależności od sytuacji) wykładu habilitacyjnego lub/ bądź pracy kwalifikacyjnej, który to tekst rzekomi „recenzenci” Centralkomu (CK) w zależności od swego widzimisię mogli dowolnie klasyfikować.

Pomijając już przekręt jakiego się dopuszczono ze względu na brak określenia tego pseudo dowodu, co do jego charakteru, a określanego naprzemiennie w miarę potrzeb wykładem, lub  pracą kwalifikacyjną (są to dwie różne rzeczy), to  „dokument” ten pozbawiony jest jakichkolwiek cech identyfikacyjnych i tak po prawdzie może być przypisany każdemu, nawet Małgorzacie Chomicz nie wykluczając nawet rektora Ryszarda Góreckiego. Rzecz tylko kogo wystukamy na klawiaturze komputera jako autora.

Nie charakteryzują go, ani identyfikują jakiekolwiek pieczęcie, zapiski, adnotacje, sygnatury, czy znaki, (chociażby archiwum), no i kwestia zasadnicza brak podpisu autora. Zamiast tego wydrukowano Piotr Obarek … no i wszystko.
Jednym zdaniem, podążając wytyczonym przez „montażystów” szlakiem, każdy może napisać jakikolwiek sfabrykowany tekst i przypisać go po kilkunastu latach jakiejkolwiek osobie jako plagiat np. jego pracy habilitacyjnej. Oczywiście aby osiągnąć taki cel trzeba działać w ramach wpływowej grupy lub na polecenie wpływowego i ustosunkowanego człowieka.

Cóż więc takiego możemy przeczytać w enuncjacjach A. Sochy. Pisze on tak:
Co do braku podpisu Piotra Obarka, czytamy w uzasadnieniu:

„wykład kwalifikacyjny był odczytany publicznie przez Autora. Brak własnoręcznego podpisu nie dyskwalifikuje publikacji jako pracy naukowej/artystycznej. Nie ma ustawowego wymogu, aby publikacja naukowa/artystyczna była podpisana własnoręcznie przez autora”.

Apogeum hipokryzji, no to na jakiej podstawie stwierdzono, że ten sfabrykowany tekst jest moim wykładem kwalifikacyjnym, a nie „montażową twórczością” np. Adama Jerzego Sochy, jako drzewiej bywało. Od siebie dodam, że wykład się wygłasza, a nie odczytuje, co już samo w sobie dyskredytuje istnienie tekstu, w którym miałbym się dopuścić rzekomo plagiatu.

Poza tym wykład habilitacyjny nie jest elementem procedury habilitacyjnej na podstawie której przyznaje się stopnień naukowy, bo ten nadaje się (a przynajmniej nadawało się kilkanaście lat temu)  na podstawie dorobku (wystawa prac) i pracy kwalifikacyjnej, którą „cenzurowany” papier nie jest. Niewątpliwie nową jakością prawną jest, że  podpis nikomu nie jest potrzebny, bo nie ma przepisu aby cokolwiek podpisywać.

Super – „ fałszerze wszystkich krajów, łączcie się”, rób ta co chceta – cel uświęca środki, od dzisiaj aby komuś przypisać autorstwo czegokolwiek podpis nie jest potrzebny (sic!), wystarczą „autorytety” Sochy i Bachmury. Tekst jest Obarka – orzekł naczelny magik z Kortowa, na tej podstawie pozbawmy go prawa wykonywania zawodu, wywalmy z UWM-u, deportujmy z  Olsztyna, najlepiej z całą rodziną.
Rewelacyjna konstrukcja.

Naszła mnie w tym miejscu taka dygresja. Ostatnio przeglądając Internet natknąłem się na zdjęcie ilustrujące pewien wyrok. Wyrok był opatrzony pieczęciami i podpisem oraz w jednym komentarzu podparty wypowiedzią sędzi, która ten wyrok wydała oraz, że wyrok nie jest kserokopią, a pieczecie oryginalne. Z treści komentarzy dowiedziałem się, że w sprawie tego wyroku osoba której wyrok dotyczył uzyskała orzeczenie, że to nie jest żaden dowód, bo osoba w nim wymieniona … nie popełniła tego czynu, a czyn był haniebny bo dotyczył wykorzystania nieletniej.

Od przypadku do przypadku, kortowskie dowody swoją tajemniczość jak kodeks Napoleona posiadają. Mój „dowód” w postaci kilku kartek papieru bez tych wszystkich „niuansów” jak pieczęcie i podpisy jest koronnym dowodem na przypisywane mi nieetycznego postępowania, analogicznie dowód w postaci wyroku sądu nie jest żadnym dowodem.


Jeśli kiedykolwiek miałbym wątpliwości co do rzetelności pisarstwa Volkoffa, to kortowskie casusy wyleczyłyby mnie z jakichkolwiek wątpliwości, że istnieją czarodzieje, owi „agenci wpływu”,  którzy jak trzeba to i  z gówna bicz ukręcą, a jak trzeba to nawet wyczarują Facetów w czerni z neutralizatorem pamięci.