piątek, 19 lutego 2016

A - jak Adam Socha – Pierwsza szuflada

„Do robienia hałasu wybiera się zwykle najmniejszych ludzi, doboszów”
Georg Christoph Lichtenberg



Znany publicysta Rafał Ziemkiewicz powiedział kiedyś, że niektórzy „dziennikarze są jak psy łańcuchowe, jak się coś dzieje to mają szczekać”, a od siebie dodam, że już najlepiej w sforze.

5 lutego Radio Olsztyn wyemitowało w cyklu „Śliska sprawa” audycję pt. „Historia pewnego plagiatu” z Adamem Sochą w roli wszystkowiedzącego narratora,  poświęconą  jak wcześniej anonsowano „4-letniej walce dziennikarza Adama Sochy” ze mną.  Równocześnie, w tym samym czasie na łamach Debaty ukazała się tak zwana zajawka, że „artykuł Adama Sochy o jego 4-letniej walce o prawdę (sic! ) ukaże się w lutowej "Debacie". W kolejce czeka również Gazeta Wyborcza Olsztyn w osobie Marcina Wojciechowskiego, który zapytując czy będę odwoływał się od uchwały Rady Wydziału ASP z pewnością przygotowuje kolejny „skandalizujący” materiał.

No cóż, sfora zastępów jest już w gotowości rozszarpać na kawałki Obarka, czekając na sygnał capo di tutti capi -Tajemniczego Don Pedra.

Pozostawmy jednak na razie w zawieszeniu odpowiedź na pytanie dlaczego pomimo już prawie miesięcznego upływu czasu od  spektakularnego wydarzenia jakim jest ostatnia uchwała Rady Wydziału Grafiki ASP w Warszawie, sfora tylko szczerzy kły i warczy i przejdźmy do meritum. Czego ciekawego dowiadujemy się z tej czteroletniej walki  redaktora Sochy.

Uważny słuchacz, a polecam naprawdę wielokrotne odsłuchanie wspomnianej wyżej audycji, z pewnością zauważy pewien wątek przewijający się  wielokrotnie w grafomańskiej twórczości redaktora Sochy, mianowicie wątek przesłuchiwania Adama Sochy przez śledczych w sprawie zaginięcia (a właściwie kradzieży) mojej oryginalnej pracy doktorskiej, a prawidłowo, pracy kwalifikacyjnej I stopnia.

Gdy zostaje popełnione przestępstwo, nieważne, czy jest to zwykła kradzież, czy też inny czyn przestępczy, natychmiast pojawia się wiele pytań dotyczących tego, co właściwie zaszło. Od początku wielokrotnie padają pytania: kto, kiedy, gdzie, co, komu i dlaczego. Odpowiedzi na takie pytania udzielić musi przede wszystkim podejrzany – centralna postać postępowania.
 
Kiedy  26 stycznia 2012 r. Małgorzata Chomicz  przystąpiła do realizacji powstałej w listopadzie 2011 r. intrygi, wysyłając „anonimowo” ( jak sama oświadczyła w Sądzie „ nie kierując się w żadnym razie złą wolą, a w szczególności chęcią zdyskredytowania mnie przede wszystkim w opinii środowiska akademickiego”(sic! ) Himalaje hipokryzji) do Centralnej Komisji do spraw Stopni i Tytułów Naukowych kopię spreparowanego (sfałszowanego) egzemplarza mojej pracy kwalifikacyjnej I stopnia, prof. Rafał Strent – opiekun całego przedsięwzięcia w tym organie, ówczesny członek Prezydium Centralnej Komisji oraz przewodniczący Sekcji VII Sztuki  (bardzo ważna eminencja układu zamkniętego, nota bene serdeczny znajomy M. Chomicz) miał jedno podstawowe zadanie – uwiarygodnić spreparowaną fałszywkę w archiwach ASP w Warszawie.

Coś jednak w działaniach R. Strenta poszło nie tak – z jakiegoś powodu nie udało się podmienić egzemplarzy.

Zaniepokojona Małgorzata Chomicz, w tym czasie ciągle ukrywająca się pod maską „anonima” zdając relację jednemu z animatorów intrygi (o którym szerzej w następnych wpisach) pisze w jednym z e-maili:



„(…) zapytałam więc, czy Szacowna CK badała sprawę i wydała decyzję na podstawie anonimowego doniesienia i NIE SPRAWDZIŁA CZY TO TA SAMA PRACA !!!”.


No to dopiero jest  bomba - „anonimowa” M. Chomicz, donosicielka prawdy objawionej o „moim plagiacie” dowiaduje się, że wysłana przez nią fałszywka nie jest tą samą pracą która w tym czasie znajdowała się w ASP w Warszawie. Dla zobrazowania dramaturgii wydarzenia zachowałem oryginalną pisownię posta.

Po czym z rozbrajającą szczerością M. Chomicz pisze:


„(…)Jak widać na szczęście dla mnie !!! nie przyznałam się, że to ja jestem tym anonimem, choć próbowano na mnie to wymusić, jako rzekomo miało to pomóc sprawie ! Teraz Obarek mnie podałby do sądu i jeszcze musiałabym mu odszkodowanie płacić za zniesławienie !!!(…)” i dalej „(…)  Brak mi słów jestem tutaj bez szans. Jestem zdruzgotana. Czas na szukanie nowej pracy”.


Apel o pomoc doprawdy dramatyczny. Nadszedł czas na interwencję cappo di tutti capi Tajemniczego Don Pedra. Zapada decyzja, Małgorzacie Chomicz nie może stać się krzywda, układ musi interweniować.

Wtedy na arenę zdarzeń wkracza nasz dzielny bojownik o prawdę redaktor Adam Jerzy Socha (Markietanka – kryptonim nadany przez Milicję Obywatelską). W tym czasie A. Socha ma już w miarę stabilną rangę i pozycję  bulteriera układu, ma za sobą kilka  wrednych artykułów na mój temat oraz mojej Rodziny. Jednym zdaniem jest lojalnym, sprawdzonym elementem układu, nie jakąś tam histeryczką, która robi larum, że jest skończona. Jak wynika z przesłuchań Sochy w postępowaniu sądowym przed Sądem Okręgowym w Olsztynie, A. Socha w tym czasie kontaktuje się z M. Chomicz (nota bene znają się już dobrze od czasu debaciarskiego ataku na mnie jako dziekana Wydziału Sztuki UWM)

Jak wynika zarówno z protokołu przesłuchania, jak  bezpośrednich wypowiedzi naszego „bohatera”, A. Socha zna dobrze z autopsji archiwum ASP w Warszawie i panujące w nim obyczaje i procedury.   

W październiku 2012 r. Adam Socha sam przyznaje „w maju  udałem się do Warszawy by osobiście zapoznać się z pracą”. W tym miejscu zwracam uwagę na czas wizyty A. Sochy w Warszawie.

W efekcie Małgorzata Chomicz 21 maja 2012 r. (sic!) o godz. 16.43 pisze dramatycznego maila z adresu chomicz@libero.it ( zwracam uwagę na ciekawy włoski adres


(…) otrzymałam informację jakoby na Wydziale Grafiki ASP NIE MA ORYGINAŁU pracy doktorskiej pana Obarka !!! Myślałam, że ja śnię jakiś koszmar ! Zadzwoniłam do prof. Strenta z zapytaniem, czy to prawda. Uzyskałam odpowiedź, że w teczce z dokumentami Obarka PRACY NIE MA !!!! (…) Szczerze mówiąc straciłam zaufanie również do CK  ( proszę zwrócić uwagę na słowo również, a oprócz CK to do kogo jeszcze? – Tajemniczego Don Pedra? – postaci Darczyńcy, którego rolę i znaczenie jeszcze wyjaśnię?  przypisek mój) gdyż z innych źródeł (jakich? – podkreślenie moje) miałam informację, że rzekomo to prof. Strent po otrzymaniu anonimu zainteresował się i przyniósł pracę Obarka z Akademii do CK.”


Przyniósł pracę Obarka z Akademii do CK!!! 

To nie są moje słowa, to pisze Małgorzata Chomicz ten słynny „Anonim”, jedna z kluczowych postaci intrygi.  Ta sama osoba, która w Sądzie pod przysięgą zeznaje, że „poza wysłaniem posiadanego egzemplarza nie rozpowszechniała pracy w jakikolwiek inny sposób”. Jeśli tak, to jakim cudem, na miły Bóg, Adam Socha publikuje wielokrotnie na łamach Debaty tekst  przypisywanej mi pracy, a nawet w jednym przypadku nie w formie zdjęć, a … w edytorze tekstu Word.

Czy w związku z tym wniosek, że to A. Socha dokonał w edytorze zmian tekstu oryginalnego, po tym jak zniknął on z archiwum ASP jest pozbawiony sensu?, skąd miał egzemplarz przypisywanej mi pracy?, kto wykradł dla celów intrygi mój egzemplarz, Rafał Strent – jak pisze M. Chomicz, czy Adam Socha którego przesłuchuje prokuratura i który nie wiadomo skąd posiadał i publikował różne sfabrykowane egzemplarze mojej pracy.

Dla mnie odpowiedź jest prosta, tylko osobnik o dyssocjalnej osobowości mógł to zrobić,  czyli krótko mówiąc wszystko wskazuje na Adama Sochą, który z przekonaniem graniczącym z pewnością oświadcza na antenie Radia Olsztyn, że „żaden inny dokument z teczki nie zniknął” – zadziwiającą wiedza.

Ta wiedza jest tym bardziej zadziwiająca, że w jednej ze swoich wypowiedzi A. Socha oświadcza „Dotarły do mnie plotki od poważnych profesorów z UWM, iż zostanie podłożona nowa [ praca doktorska ], która nie będzie plagiatem”. Przewrotność tej wypowiedzi jest iście makiawelistyczna.

Poważni profesorowie z UWM wiedzą co się stanie na ASP i to za sprawą A. Sochy. Wnioski pozostawiam Czytelnikom.  

Ale idźmy dalej. Z antenowej wypowiedzi A. Sochy (7:26 ) – „byłem w archiwum ASP, sprawdziłem wyrywkowo prace doktorskie, prace miały podpis komputerowy, nie miały okładek” – no nieźle, dla kogoś bliżej niezorientowanego pewnie nadgorliwość debaciarskiego grafomana, dla mnie dowód na manipulację uprawianą przez czołowego propagandzistę Tajemniczego Don Pedra, bo kiedy A. Socha sprawdza jak wyglądają inne prace doktorskie, przed dokonaniem fałszerstwa, czy po kradzieży mojego oryginalnego egzemplarza? i po co?

Ten debaciarski szef propagandy i oświecenia publicznego atakuje dalej (6.58) twierdząc, że odnalazłem, a właściwie w krytycznym momencie wyciągnąłem  oprawione świeżutkie dzieło o nieskazitelnych białych kartkach. Ciekawe co by z tej konewki między ramionami się wylało, gdyby audycja trwała dłużej. 

Adam Socha obrusza się na porównania do Goebbelsa ale manipulacja jest ewidentna – kłamstwo, ordynarne kłamstwo wypowiadane spokojnym, przytłumionym głosem ma uwiarygodniać tego Małego Wielkiego Manipulatora.

Moja oryginalna praca doktorska (kwalifikacyjna I stopnia) była oczywiście badana metodami kryminalistycznymi, układ nie przepuściłby takiej okazji. Nie była ani świeżutka, ani nie zawierała nieskazitelnie białych kartek. Opinia wydana na podstawie ekspertyzy kryminalistycznej (nr H-5088/14) wykonana przez eksperta klasycznych i technicznych badań dokumentów, specjalistę KSC LK KWP w Olsztynie z 18 kwietnia 2014 r. wykonana na podstawie specjalistycznego sprzętu w postaci mikroskopu stereoskopowego MST -131 oraz zestawu badawczego VSC 6000/HS będącego na wyposażeniu Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji w Warszawie jednoznacznie stwierdza „kartki papieru kredowego cechują się jednolitymi cechami eksploatacyjnymi, zagięciami, pożółkłą poświatą, fragmentarycznym zdeformowaniem krawędzi”, a „ jednolicie pożółkłe strony kartek i zbliżone cechy eksploatacyjne mogą wskazywać na umiarkowanie odległy wiek kartek, nie stwierdzono znamion sztucznego postarzania kartek, wskazujący na czas zbliżony do daty opracowania – 1996 r”.

Widocznie według A. Sochy – tego etatowego porucznika Zubka z serialu  „07- Debata zgłoś się” tak „udacznie” sfałszowałem swoją pracę, że tylko nie wiadomo po co ją podpisałem, ponieważ według A. Sochy … nie było obowiązku podpisywania prac !!!

Jaki z tego wniosek, ano taki, że każdy kto podpisuje swoje prace jest albo idiotą,…albo psuje szyki fałszerzom. A ja niestety mam taki zwyczaj, że podpisuję swoje prace i to nie tylko te graficzne.

Rola Adama Sochy w całej tej intrydze jest niebagatelna, to on poszedł na pierwszy ogień kolportując gdzie się da sfabrykowany (sfałszowany) egzemplarz mojej pracy kwalifikacyjnej I stopnia (doktoratu).

Jak tu nie pisać o zmowie i spisku, o wykańczaniu ludzi, gdy całe to czteroletnie zamieszanie oparte zostało na kilku skserowanych, tak, skserowanych kartkach, co do których biegły mógł powiedzieć jedynie, że to … kserokopia nosząca ślady rozszycia, żaden oryginał, a który to Socha „uświęcił” do rangi oryginału … i prawie wykreował rzeczywistość, no ale prawie jak już wiadomo z telewizji czyni ogromną różnicę.

Adam Socha, idealne narzędzie do wykonywania poleceń z pewnością wie w jaki sposób powstało to ksero i kto tego dokonał, a już z pewnością wie co stało się z oryginałem mojej pracy na ASP, wszak bardzo dobrze zna archiwum tej uczelni i przechowywane w nim dokumenty, ale wyznaczona mu rola propagandzisty oskarżeń i miejsce w układzie zamkniętym skutecznie eliminuje go z roli głosiciela prawdy.

Nie chcę w tym odcinku dłużej zanudzać już czytelników, niemniej jak mówi stare przysłowie „na złodzieju czapka gore”, tak, tak panie Socha.

Na antenie Radia Olsztyn Adam Socha sam przyznał, że został zmuszony przeze mnie do dalszych działań, a do jakich i pod czyim wpływem  o tym już niedługo w „drugiej szufladzie”.

  

poniedziałek, 15 lutego 2016

ALFABETYCZNY UKŁAD ZŁA

„Jest sztuką widzenie rzeczy niewidzialnych”
Jonathan Swift



 Od prawie czterech lat walczący ze mną tajemniczy, ukryty w szarym mroku lub jak kto woli w drugim rzędzie, lider układu zamkniętego, obwarowany w wielu olsztyńskich i nie tylko olsztyńskich instytucjach osiąga szczyty zakłamania, fałszu i obłudy. Nie przyjmuje do wiadomości, że przegrana w politycznej rywalizacji oznacza nie tylko utratę wygodnego krzesła. Frustracja tej „tajemniczej” postaci co raz uruchamia stare/nowe sprawdzone mechanizmy niszczenia ludzi.

Przychodzi jednak taki czas, że wszyscy mamy dosyć hipokryzji, fałszu i obłudy ludzi, którzy dla kamuflażu strojąc się w wielokolorowe piórka różnego rodzaju autorytetów, bojowników o prawdę, czy też społecznościowych sędziów wygłaszają swoje „prawdy objawione”, emitują zafałszowane informacje, modyfikowane i przeinaczane fakty czy też wyssane z palca wyroki.

W każdej społeczności można znaleźć ludzi, którzy z rozmaitych powodów są podatni na to aby ktoś zaprogramował im coś w głowie. Psychologia ewolucyjna wskazuje jak łatwo taką zaprogramowaną projekcję uaktywnić w naszym codziennym życiu, tym bardziej gdy steruje nimi Tajemniczy Don Pedro układu zamkniętego.

Naiwnością byłoby spodziewać się, że byłby w stanie zrezygnować z tego czego zażądał, a nie dostał. Od tego ma on swój układ zamknięty który nie odpuszcza nigdy, przeciwnie – cierpliwie dąży do realizacji swoich planów. Nieważne, gdy mu się raz nie uda; odczeka i wróci, a gdy nie uda się drugi raz, to nie szkodzi. Miną lata i układ wróci do tematu (A. Socha jeszcze niczego nie napisał, a już szczuje na łamach „Debaty” zapowiedzią artykułu o swojej 4-letniej walce ze mną).

Ludzie i zaprogramowane jednostki z układu zamkniętego doskonale znają, rozumieją i wykorzystują wszystkie narzędzia socjotechniki, sztuki zdobywania władzy nad umysłami, a ze starorzymskiej metody Marcusa Porciusa Cato (Ceterum censeo Obarcus esse delendam J) uczyniono lejtmotyw terroryzmu intelektualnego.

Jak pisał Jean-Francois Ravel, ludzie posługujący się sposobami terroryzmu intelektualnego „bardzo dobrze wiedzą, że nie mają racji. Posługują się tymi sposobami dla własnych korzyści, dla obrony swoich interesów i dla blokowania zarzutów pod swoim adresem. Ich metody są brudne, ale oni innych metod nie znają. Te metody wypracował bolszewizm za sprawą Lenina.”

Teraz Tajemniczy Don Pedro i jego układ zamknięty na nowo wyszczerzył swoje kły niby rozeźlony kundel jakby to nazwał W. Łysiak, bo przecież zasadą jest, że zazwyczaj oszczerstwo i kłamstwo uchodzą płazem, gdy szczeka się w sforze. Mijają lata i nic się nie zmienia, ludzie z układu oraz ich zaprogramowane marionetki udają dzielnych wojowników o prawdę i nieważne jest że jest to owa tischnerowska gówno prawda. Próbując znowu po raz kolejny zamordować moją reputację, agresją maskują swój strach, bo przecież moje dotychczasowe urzędniczo prawne wiktorie to dla układu prawdziwie traumatyczne przeżycia.


Ale tym razem moja czteroletnia rutyna w walce z układem Tajemniczego Don Pedra i jego żurnalistycznymi  hejtotoksynami uodporniła mnie do tego stopnia, że by wyrwać się z wiru bezradności postanowiłem, iż tym razem spróbuję jeżeli nie wybić to przynajmniej spiłować te wyszczerzone kły, albowiem jednego czego układ się boi, to żelazna argumentacja posługująca się prawdą i logiką. W poszczególnych kolejnych wpisach będę ujawniał wszystko, co działo się przez cztery lata w sprawie  Obarka, a co nie zostało do tej pory z różnych przyczyn ujawnione. Będę pisał o ludziach z układu zamkniętego oraz o jego „Ojcu Chrzestnym”. Oj, będzie bolało.

piątek, 3 lipca 2015

Wawelska głowa czyli rzecz o królu i kneblu.


Jest bardzo niebezpiecznie  mieć rację w sprawach, w których możni tego świata nie mają racji.
G.C.Lichtenberg

Będąc swego czasu w Krakowie, kupiłem sobie najsłynniejszą replikę kasetonowej rzeźby stropu Sali Poselskiej wawelskiego zamku przedstawiającą głowę kobiety z przepaską na ustach lub jak kto woli, z zasłoniętymi ustami. Istnieje wiele legend i opowieści związanych z tym dziełem Sebastiana Tauerbacha. Najpopularniejsza opowiada, że są takie sytuacje, że nawet wtedy, gdy kapryśny władca uznaje, że posłuszeństwo jest  wartością absolutną, znajdzie się taka głowa, która przemówi w słusznej sprawie, nawet wtedy gdy zostanie za to ukarana i na królewski rozkaz zasłoni jej się usta, aby już nigdy nic nie powiedziała. Żaden król nie lubi gdy się go strofuje. Fantastyczna pointa legendy.
Od dawna tak było, że zasłanianie ust, a właściwie ich zamykanie, jest jedynym wyjściem dla tych, którzy mają coś do ukrycia.
Przez dłuższy czas nie prowadziłem swojego bloga, ponieważ wiele osób z otoczenia władcy „życzliwie” doradzało mi, abym z tym skończył, że jest to jedyna droga, aby uspokoić eskalację agresji skierowanej przeciwko mnie i mojej rodzinie. Owa „życzliwość” była wprost proporcjonalna do pojawiania się w internecie informacji demaskujących obyczajowo - sądowe tajemnice władcy.  
Ta zuchwała zakneblowana wawelska główka ma dla mnie ogromne znaczenie symboliczne. Cenzura prewencyjna w postaci knebla może dotknąć każdego, (nawet drewnianą rzeźbę), przeciwko komu władca zdecyduje się zmobilizować siły polityczne i instytucje o dużych wpływach nie wykluczając w tym również tzw. władzy sądowniczej. W tym kontekście, casus sędziego Sądu Okręgowego w Olsztynie Wojciecha Wacława lub jak kto woli Wacława Wojciecha, opiszę na poparcie tej tezy osobno i niedługo. 

Teraz powrócę jednak do przerwanych wątków blogowych.
Po wieloletnich nieudanych próbach zdyskredytowania mnie, władca rękoma swoich najwierniejszych dworaków w osobach Adama Sochy – płatnego skryby władcy z olsztyńskiego „wolnego słowa” i Bogdana Bachmury – emitenta tegoż „wolnego słowa”, zarzucili mi popełnienie plagiatu w moim przewodzie habilitacyjnym. Oczywiście oskarżenie pojawiło się w momencie, gdy po analogicznych fałszywych zarzutach, ale dotyczących mojego doktoratu, Rada Wydziału Grafiki warszawskiej ASP utrzymała w mocy uchwałę o nadaniu mi stopnia doktora, a Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie (!) stwierdził, że uchwała Rady Wydziału Grafiki ASP jest zgodna z prawem. Władca i jego dworacy ponieśli klęskę, a tego żaden król nie lubi. Na marginesie dodam, że w akcie bezsilnej złości Szambelan władcy oświadczył, że nie zezwala na zamieszczenie mojego oświadczenia na stronie internetowej UWM w którym jedynie informowałem o utrzymaniu mojego stopnia naukowego przez ASP w Warszawie. No cóż, cenzura prewencyjna wbrew dobrym obyczajom zadziałała. Przecież Obarkowa racja nie może być „na wierzchu”.
Nauka z doktoratem nie poszła w las, tym razem władca zmobilizował nie tylko instytucje o dużych wpływach, ale i rozpoczął działania na „swoich” włościach. UWM-owowski kauzyperda do specjalnych poruczeń, w osobie prof. Bohdana Łukaszewicza, rozpoczął procedurę inquisitio haeretica, której epilogiem było swoiste auto da fe, jakobym w 2001 r. przed Radą Wydziału Grafiki ASP w Warszawie, „w sposób świadomy i zamierzony przedstawił w swoim przewodzie habilitacyjnym wykład (! zaakcentowanie moje) będący pracą niesamodzielną, noszącą znamiona plagiatu, powstałą z naruszeniem prawa”.
Na nic argumenty prawne, na nic logika, że wygłaszając wykład w 2001 r. nie mogłem nikogo splagiatować, że wykładu  nie można porównać z pracami naukowymi. Władca każe – sługa musi. Prof. Łukaszewicz „zadecydował” – pozbawić mnie prawa wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego! – Złamać niepokornego !
Raz wprowadzony w ruch UWM-owski system „sądowniczy” w swojej indolencji prawnej rozpędzał się bezkarnie coraz bardziej. Szambelan władcy wydał dyspozycje. Skazać Obarka! Już się nie podniesie. No i stało się. W styczniu bieżącego roku, Komisja Dyscyplinarna dla Nauczycieli Akademickich Uniwersytetu Warmińsko Mazurskiego w Olsztynie, której przewodniczył prof. Andrzej Staniszewski, orzekła o uznaniu mnie winnym zarzucanych mi przez A. Sochę i B. Bachmurę „przewinień dyscyplinarnych” i wymierzyła mi karę „pozbawienia prawa do wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego”.

No i się zaczęło. Propaganda medialna władcy ruszyła. „Wolne słowo” Olsztyna Bogdana Bachmury po nauczce w przegranym procesie, kiedy przez miesiąc zamieszczało orzeczone sądowym wyrokiem przeprosiny, ostrożniej dobierało słowa, ale i tak nie obyło się bez manipulacji i przekłamań w Adamowej tffu…rczości. Nawet Gazeta Wyborcza  udostępniła swoje łamy dla informacji o tym „wydarzeniu”. Posłuszny wasal red. Marcin Wojciechowski (GAZETA WYBORCZA OLSZTYN), jak już wcześniej bywało odbierał swoją wierszówkową zapłatę za pierwszostronnicowe newsy. Czasami odnosiłem wrażenie, ze słynna afera taśmowa nie cieszy się takim powodzeniem wśród dziennikarzy, co moja skromna osoba. Co ciekawe, zainteresowanie olsztyńskich „wolnych mediów” tematem gwałtownie opadło, a właściwie uszło z nich całkowicie powietrze, jak z przebitego balonika, kiedy dowiedzieli się o moim uniewinnieniu.  
Zamilkł nasz dzielny skryba Adam Socha, chyba ta hiobowa wieść musiała zablokować klawisze w jego sprzęcie. A może lepkie paluszki, nawykłe do preparowania innego rodzaju wiadomości, odmówiły nagle współpracy z zszokowanym organizmem. Zamilkł i zapadł się pod ziemię również Marcin Wojciechowski (GAZETA WYBORCZA OLSZTYN), który  zapomniał o dziennikarskiej rzetelności i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. „Dzielny kamrat” Adama Sochy, „rzetelny wyznawca wolnego słowa”
W lutym bieżącego roku wniosłem odwołanie od tego haniebnego orzeczenia do Komisji Dyscyplinarnej przy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego, która po przeprowadzeniu rozprawy , wydała orzeczenie, w którym uniewinniła mnie od zarzutu stawianego mi przez A.Sochę i B. Bachmurę. W uzasadnieniu Przewodniczący składu orzekającego stwierdził, że zarówno rzecznik, jak i komisja dyscyplinarna naszej Uczelni rozpatrując sprawę rażąco naruszyła przepisy postępowania i co najważniejsze, komisja dyscyplinarna UWM, rozstrzygając wniosek rzecznika dyscyplinarnego nie miała i nie przedstawiła żadnego dowodu potwierdzającego moją winę ! Głowa wawelska przemówiła w obronie fałszywie oskarżonego.

A więc w profesorskim majestacie zostałem skazany na naszej Uczelni bez dowodów potwierdzających oskarżenie!!!  Vivat academia, vivat profesores!

W kontekście całej tej sprawy przypominam sobie pewien fragment wiersza Norwida,  Czy ten ptak gniazdo kala, co je kala, czy ten co mówić o tym nie pozwala? A na stronach internetowych naszego Uniwersytetu jak zwykle nie ma żadnej wzmianki, że zostałem uniewinniony. 

 

PS.
Pewnym odpryskiem mojej sprawy dyscyplinarnej jest fakt, że w dniu 27 lutego br. Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego powołał Rzecznika Dyscyplinarnego, który wszczął dyscyplinarne postępowanie wyjaśniające przeciwko prof. Grzegorzowi Białuńskiemu – prorektorowi ds. kadr oraz prof. Andrzejowi Staniszewskiemu - przewodniczącemu składu orzekającego komisji dyscyplinarnej UWM. Ale o tym lokalni dziennikarze „wolnego słowa” i media  w Olsztynie też milczą. 

wtorek, 23 czerwca 2015

PIOTR OBAREK UNIEWINNIONY!



W poniedziałek 22 czerwca 2015r. w Warszawie, przed pięcioosobową Komisją Dyscyplinarną przy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego, odbyła się rozprawa w sprawie dr. hab. Piotra Obarka – nauczyciela akademickiego Uniwersytetu Warmińsko – Mazurskiego w Olsztynie i byłego dziekana Wydziału Sztuki, której przedmiotem było rozpatrzenie odwołania Piotra Obarka od orzeczenia Komisji Dyscyplinarnej dla Nauczycieli Akademickich UWM, na mocy którego został uznany winnym popełnienia plagiatu pracy habilitacyjnej i za to przewinienie został pozbawiony prawa wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego na 2 lata.
Członkowie Komisji, po dwugodzinnej rozprawie odwoławczej, na którą stawił się obwiniony wraz z obrońcą – radcą prawną Małgorzatą Necel-Gizowską, jednogłośnie uznali, iż Piotr Obarek jest niewinny popełnienia plagiatu.
Przewodniczący składu orzekającego – dr hab. Ireneusz Nowikowski, w ustnym uzasadnieniu podkreślił znaczną ilość błędów formalno-prawnych popełnionych przez rzecznika dyscyplinarnego i komisję dyscyplinarną UWM oraz fakt, że przedstawiony materiał dowodowy nie daje absolutnie żadnych podstaw do uznania Piotra Obarka za winnego, a tym samym do utrzymania orzeczenia w mocy.

Uniewinnienie  Piotra Obarka jest ostateczne, co oznacza, iż nie podlega zaskarżeniu.   

MEDIA O SPRAWIE:

http://www.olsztyn.com.pl/artykul,obarek-uniewinniony-nie-popelnil-plagiatu,18915.html
http://ro.com.pl/decyzja-w-sprawie-prof-piotra-obarka/01216700
http://olsztyn.tvp.pl/20611447/oskarzony-profesor-uwm-uznany-za-niewinnego